knigi
anima

 

Drodzy czytelnicy i miłośnicy poezji

 

Nr 126

Przed każdym Bożym Narodzeniem lubię wracać w „Kraj lat dziecinnych!” Ponieważ

On zawsze zostanie
Święty i czysty, jak pierwsze kochanie,
Nie zaburzony błędów przypomnieniem,
Nie podkopany nadziei złudzeniem,
Ani zmieniony wypadków strumieniem.

                                    Adam Mickiewicz

Wtedy Świąt nie kupowaliśmy w marketach, robiliśmy je sobie sami, na miarę naszej wyobraźni i oczywiście możliwości. Za oknami mieliśmy przeważnie śnieg i mróz, a w domu nie przeszkadzał telewizor, internet, telefony, za to przychodzili sąsiedzi z wieściami z całego świata i z wolna zaczynało się wielkie przygotowywanie, przede wszystkim do choinki, którą trzeba było ubrać według tradycji, więc długimi wieczorami, kiedy ona rosła jeszcze w lesie, albo stała pachnąca jedliną w kącie sieni, siedzieliśmy i wymyślali dla niej stroje na miarę naszej wyobraźni, a rodzice opowiadali nam przeczytane przez siebie książki. Kiedy już podrośliśmy, sami sobie je czytaliśmy, a było nas trzech jedynaków, więc lektury wymienialiśmy między sobą, przyniesione wcześnie ze szkolnej biblioteki. Szkoła mieściła się w długim poniemieckim baraku. Zimą zamarzał w niej nawet atrament w kałamarzach, ale to nie było ważne. Ważne, że w ostatni dzień przed zimowymi feriami przychodził Mikołaj w długim owczym kożuchu z workiem bułek dla dobrych uczniów, a za nim podrygiwał szkaradny czarny diabeł z rogami, wyłupiastymi ślepiami i haczykowatymi zębami, z których wywalał się długi czerwony ozór. W jednej szponiastej łapie trzymał dzwonek, którym potrząsał na trwogę,  w drugiej –  rózgę,  wygrażającą mniej grzecznym uczniom. Na plecach też miał worek, ale zamiast bułek pobrzękiwały w nim narzędzia tortur: szydła do kłucia, obcęgi do wyrywania i młotki do łamania kości. Była radość na widok Mikołaja i jednocześnie wrzask na widok diabła. Wtedy pojawiał się dobry anioł w białej długiej sukni, poślubnej – matki lub którejś z sąsiadek, przepędzał diabła i ogarniał rękami tulącą się do niego dziatwę. Mikołajo-diabelsko-anielską trójcę uosabiali uczniowie z ostatniej, siódmej klasy, do której w latach 1947-8 chodzili nawet dwudziestolatkowie. Mikołaj i anioł niebawem się pobrali: on został przewodniczącym Rady Narodowej w pobliskim miasteczku, ona jego sekretarką i… od dawna są już w niebie, a kurduplowaty diabeł rozpił się i nie wiem, co się z nim stało. Po tej ekspresyjnej scenie – piękna, podług mojego gustu wtedy, pani Basia Dembowska, wychowawczyni II klasy, do której dołączyła w ten dzień i moją I, złożyła maluchom życzenia i odczytała z „Chłopów” fragment wigilii u Boryny w Lipcach, jak to najpierw „rodziła się gwiazda i zda się rosła w oczach, leciała, pryskała światłem, jarzyła się coraz bystrzej, a coraz bliżej była…, gwiazda Trzech Króli, Betlejemska gwiazda, przy której blasku Pan nasz się narodził, niech będzie święte imię Jego pochwalone!” …Po czym czas był zasiąść do wieczerzy, na którą „Najpierw był buraczany kwas gotowany na grzybach z ziemniakami całymi, a potem przyszły śledzie w mące obtaczane i smażone w oleju konopnym, później zaś pszenne kluski z makiem, a potem szła kapusta z grzybami…” etc., a potem „Ruszyli wszyscy do obory”, żeby podzielić się opłatkiem ze zwierzętami, gdyż „W tę noc Narodzenia i każde bydlątko rozumie człowieczą mowę, i przemówić jest zdolne, że to między niemi Pan się narodził. Kto ino bezgrzeszny zagadnie – ludzkim głosem odpowiedzą; równe są dzisiaj ludziom i społecznie z niemi czujące…” Asystujące dorosłym dzieci: Józka – córka Boryny i Witek – przygarnięty sierota, po jakimś czasie o północy „Trzymając się za ręce i dygocąc ze strachu, a żegnając się raz po raz, wsunęli się do obory pomiędzy krowy”, żeby z nimi porozmawiać, ale bezgrzeszne zwierzęta milczały, bo „ino bezgrzesznym odpowiadają, a my grzeszne” domyśliły się dzieci i z płaczem wróciły do izby, gdzie już gospodyni Jagusia podawała „przysmak prawdziwy, bo racuszki z gryczanej mąki, z miodem zatarte i w makowym oleju uprażone.                            
Pamiętam tę moją pierwszą szkolną przedwigilię do dzisiaj. Charyzmatyczna Pani Basia, lubiana i szanowana przez wszystkich, miała wtedy osiemnaście lat (dzisiaj zapewne 87-88), uczyła drugoklasistów i była córką poprzedniego dyrektora szkoły sprzed roku 1939, którego w r. 1940 zamordowali Niemcy, specjaliści od m. in. likwidowania polskiej inteligencji wtedy. Starałem się dobrze uczyć, żeby zdać do II klasy i stać się uczniem Pani Basi, ale widocznie też byłem grzeszny, bo oczekiwanie moje się nie spełniło – w II klasie naszym wychowawcą został młody nauczyciel, ponieważ Pani Basia razem ze swoją matką wyjechały do Warszawy.  Może dlatego ją pamiętam – moje nieziszczone marzenie. Ale mając ją w pamięci, za tamtym jej przykładem wszystkie nasze rodzinne wigilie rozpoczynam od przeczytania zebranym moim najbliższym fragmentu wigilii u Boryny z „Chłopów” Władysława Stanisława Reymonta, biblii polskiej duszy – w złym i dobrym znaczeniu: „ – Jako to stała się nam nowina, Panna porodziła Syna; aż w Judejskiej ziemie, w Betleem, nie bardzo podłym mieście, narodził się Pan w ubóstwie; na sianie, w stajni lichej, między bydlątkami, co w tej radosnej nocy cichej były mu bratami. – A ta sama gwiazda, co i dzisiaj świeci, spłonęła wówczas dla tej świętej dzieciny – i drogę wskazywała trzem królom, co chociaż pogany i czarne jako te sagany, a serca mieli czujące i z krajów dalekich, zza mórz nieprzejrzanych, zza gór srogich przybiegli z darami, by prawdzie dać świadectwo.” A ponieważ niekiedy los mi sprzyja, słów tych słucha również moja Pani Basia, odnaleziona w dwadzieścia parę lat później, także charyzmatyczna i niezwykła.          
Tedy i my miejmy serca czujące, nie tylko w ten dzień. Żebyśmy mogli rozmawiać z każdym,  każdego rozumieć i wędrować do niego jako ci trzej królowie z krańców świata, gdyż przeczuli, że będzie on uczył kochać bliźniego jak siebie samego. Spośród nas, twórców, tak kochać potrafił ks. Jan Twardowski, niezwykły człowiek i poeta, dlatego o nim pamiętamy. I oby nasze zbratanie w ten ważny czas nie stało się tylko chwilą, a dzielenie się opłatkiem  razem ze składanymi życzeniami niech z nami pozostanie na złą i dobrą dolę przez cały rok, a może nawet dłużej.

Aleksander Nawrocki